Mężczyzna w stylu Osho

Najpierw poznałam Andrzeja. Jego dziewczynę – znacznie później.

Zima dopiero się rozkręcała, a ja już byłam nieszczęśliwa. Tak naprawdę utknęłam w tym na półtora roku od rozstania z D. Chodziłam po pustym mieście jak zombie z Walking dead, tylko takie zupełnie samotne zombie w środku absolutnej ciszy. A moja duszą zawinęła się w kłębek gdzieś bardzo głęboko w brzydkim, nieatrakcyjnym ciele. Nienawidziłam siebie i bałam się wszystkich.

Dopóki nie spotkałam Andrzeja.

Są takie mężczyźni w stylu Osho. Miłość otacza ich światłem, tęczowe kolory przelewają się z jednej czakry do drugiej. Glos brzmi słodko jak miód, i tym angielskim głosem Andrzej mówi do mnie, że jestem piękna. Że jestem solą ziemi. Kwiatem lotosu. Absolutnie unikatowym centrum Wszechświatu.

Andrzej głaska moje włosy. Bierze mnie za rękę i prowadzi nocnymi ulicami Mińsku.

— Patrz do góry! Zobacz, jakie płatki śniegu! Spadają na nas jak łaska Boża! Kocham Cię!

Kocha mnie, uhm. No dobrze, idziemy dalej, wciąż trzymają się za ręce. Jest mi już trochę zimno, ale Andrzej nie ma pieniędzy. W końcu nie wytrzymam i proponuję wpaść do knajpy na herbatę, ja stawie.

Andrzej nie pracuję. Osho nie może pracować. Mieszka z ojcem poza miastem w wielkim bogatym domie. Ma jedzenie, Internet i duży, przestronny pokój do medytacji i jogi. Cały czas robi imprezy, które kończą się w banie za domem. Ojciec chętnie uczestniczy w imprezach z młodymi kolegami i zwłaszcza przyjaciółkami syna.  Owszem, jest niezadowolony, że chłopak nie studiuję ani pracuje. Ale Andrzej ma na to sposób.

Przecież pracuje!

Sprzedaje magiczną pigułkę Herbalife – jak żartują z niego przyjacieli.  Kilka lat temu wtrącił się w siec sprzedaży suplementów diety. Takich drogich, których nie można kupić w aptece, a tylko będąc częścią programu lojalnościowego. Andrzej chodzi na spotkania sekty dwa razy w tygodniu, w wolnym czasie ogląda film Sekret (to jest taka praca domowa, ja nie żartuję), robi wizualizacje przyszłości, w której jest milionerem. No i oczywiście bierze te magiczne i cholernie drogie pigułki na wszystko.

Kiedy trzymam go za rękę, albo tańczymy i przytulamy się, zauważam, że on ma skórę bardziej miękką niż moja.
Zęby ma idealnie białe.
Włosy ma rozkoszne, przyjemne w dotyku.
Oraz pachnie jako młody bóg Kryszna.

Jesteśmy bliscy już dwa tygodni. Faktycznie jesteśmy tylko przyjaciółmi, ale nigdy w życiu nie słyszałam tyle razy słów „kocham”. Zastanawiam się, co to wszystko oznacza. Wiem, że spędza czas tylko ze mną – ja mam wakacje na uniwersytecie, więc mogę spacerować albo pić herbatę od rana do wieczora. Wiem, że chce rekrutować mnie do swojej sekty magicznych suplementów. Ale do czego zamierza nasz związek – nie mam pojęcia.
Dopóki Andrzej nie zaprasza mnie na imprezę do kolegi.

Będą pić alkohol, tańczyć przez całą noc i będą wolne pokoi dla pocałunków, — mówi. Hmm, chyba zaczynam rozumieć!

Ubieram się w lepszą sukienkę (w zimę!), spotykamy się w metrze. Andrzej całuje mnie na powitanie w policzek, przytula na kilka minut, bierze za rękę. Tak idziemy uśmiechnięte na domówkę, a kiedy wchodzimy, on zabiera u mnie płaszcz i przedstawia znajomym:

To jest Hanna.

— Czecś, Hanna!

— Co słychać! Jak tam! Weź szklankę, naleje ci wino!

Bardzo sympatyczni ludzi, czuję się komfortowo.

A to jest moja dziewczyna, Ola, — mówi Andrzej, wciąż trzymając mnie za rękę. – wyjeżdżała na studia zaoczne na dwa tygodni, dziś wróciła.

O szóstej rano wyszłam z mieszkania z Olą. Było mnie wstyd, ale ona chyba nie przejmowała się sytuacją. Teraz Ola wzięła mnie za rękę i nie puszczała ją przez najbliższe lata, dopóki nie poradziłam sobie z całym bałaganem w moim niepoukładanym życiu. Stała moją najlepszą przyjaciółką, moją drugą połową.

Minęło dziesięć lat, Andrzej wciąż prowadzi słodkie Osho-życie.
Ola z nim się rozstała po pół roku, ale akceptuje jego poglądy i podtrzymuję relacje.

Ja stałam się cyniczną suką, i każdy Osho wzbudza we mnie śmiech, a nie zaufanie.

Troskliwe kobiety i rybna zupa w akwariu

Sąd po rozwodzie zazwyczaj przyznaję opiekę nad dzieckiem matce. Z różnych powodów, ale jeśli grzebać do sedna, to chyba dlatego, że generalnie matka (czytaj — kobieta) jest osobą bardziej odpowiedzialną, troskliwą, opiekującą. Te wszystkie cechy jakby założone w nią naturą od pradawnych czasów. Nawet intuicyjnie z tym się zgadzamy, kiedy dzielimy cechy charakteru na damskie i męskie. Egoizm, pracoholizm i agresja – to właściwości „męskie”. Empatia, czułość i współczucie – „kobiece”.

Nikomu już nie trzeba udowodniać, że świat nie jest czarno-biały, albo męsko-damski. Nikomu, oprócz naszej podświadomości, która od wieków liczy na to, że kobieta potrafi najlepiej zaopiekować się słabym.

Dzieckiem.

Chorym.

Albo zwierzęciem.

Ola ugotowała rybę. Bojownika. Kiedy syn poprosił o zwierzę domowe, pomyślała, że akwarium – to najprostsze. A ten gatunek ryb może mieszkać tylko sam, bo zjada innych. Więc nietrudno – jedna mała szklana kolba, jeden piękny fioletowy bojownik. Za miesiąc zauważyła, że on jakoś powoli pływa. Może jemu jest zimno? Biedny bojownik! Trzeba mu podkręcić temperaturę do trzydziestu stopni! Nie ważne, że on żyję w maksymalnie dwudziestu pięciu. Bojownik, dlaczego jest ci coraz gorzej? Ogrzewaj się, dlaczego pływasz coraz wolniej? Coraz wolniej? Oj, chyba się ugotował na śmierć….

Ala przyrządziła rybną zupę. W biurze wmontowany w ścianę akwarium miał rozładować napięcie i robić recytatywną atmosferę. W akwarium pływały różne piękne kolorowe rybki, nawet wielkości dłoni dziecka. Jednego dnia Ala została sama, kończąc pracę prawie przed północą. Żeby się skoncentrować, co jakiś czas przechadzała po open space mimo akwarium i wpatrywała się w pływanie rybek. Biedne rybki, chyba jest im zimno, przecież są takie egzotyczne. Muszą pływać w morzu karaibskim w ciepłej wodzie, a tu prawię śpią w ruchu. Ala podkręca grzejnik, ale jakoś za mocno. Nie zauważa tego – albo ręką się drgnęła, albo Ala się zamyśliła. Rano przyszła do biura pierwsza, żeby jeszcze raz sprawdzić raport. Rybki, co tam u was? Za noc rybki ugotowały się w prawdziwą rybną zupę. Mięso oddzieliło się od kości, woda nabrała koloru rosołu. Brakowało tylko ziemniaków i marchewki.

Ola kupiła nowy akwarium z wielu rybkami. Jeśli jedna zdechnie, nie będzie tak żałować. Niedługo się okazało, że rybki szybko się rozmnażają, ale też szybko zjadają swoich dzieci. Ola momentalnie przeniosła się w czasie, kiedy w klatce mieszkali u niej dwa śliczne chomiki. Dno klatki usypane piaskiem, w rogu domek i hamak, w przeciwnym – kręcące się koło. Samiec, samica – i wkrótce urodziły się malutkie różowe dzieciaki. Ola cieszyła się, planowała z koleżankami, kto ile zabiorę i jak ich odróżnić. A na jutro klatka przypominała pustyń egipską. Między piramidami na piasku leżały idealne gładkie, białe kości, małe czaszki z pustymi orbitami. Chomiki zjedli swoje potomstwo do szczętu.

Z nowego akwarium uciekł ślimak. Ola szukała ślimaka razem z synem najpierw w okolicach akwarium, potem po całym mieszkaniu. Okazało się, że odważny uchodźca zdołał dopełznąć aż do balkonu, po czym skurczył się i wyschnął.

— Nawet ślimaki od nas zbiegają! – Ola była zaskoczona. Okazało się jednak, że ślimak na szczęście nie umarł, tylko się wegetował do czasu, kiedy Ola umieściła go w szklance z wodą. Za kilka godzin ożył i trafił z powrotem do akwarium.

Szczęśliwa końcówka.

Mama Oly kupiła dla swojego królika zestaw Jamie Oliwera, składający się z dwunastu misek. Teraz królik ma osobno jabłko, osobno marchewkę, osobno kapustę. Obiad arystokraty z dwunastu dań.

Historia o wielkim kombinatorze Walerie i nielegalnym przekroczeniu granicy

Wątpię się, czy ktoś z was pamięta czasy, pokazane w filmie Miś. Czasy, kiedy nie można było ot tak po prostu wyjechać z Polski. Owszem, granica niby otwarta, i ty jesteś niby wolnym człowiekiem. Ale faktycznie na każdym etapie, od otrzymania paszportu zagranicznego do kontroli granicznej, mogli podróżującego zatrzymać i obrócić w kierunku Radomia polskiego zameldowania.

Na Białorusi jest właśnie tak. Powodów, dlaczego możesz okazać się na liście osób, którym zabrania się wyjazd z kraju, jest tak wielu, że zajęło by mnie godzinę czasu żeby wszystko opisać. Dosłownie każdy może na niej się okazać.

Osobiście nie mogłam odwiedzić rodziców na święta bożenarodzeniowe w tym roku, ponieważ urząd skarbowy wysłał mnie zawiadomienie, że jestem pasożytem społecznym. Jest taki nowy ustaw na Białorusi, według którego jeżeli nie pracujesz i nie rejestrujesz się jako bezrobotny (lepiej tego nie robić, bo będziesz zmuszony do wykonywania czarnej roboty bez względu na edukacje i status społeczny, a zasiłek wynosi aż 40 złotych miesięcznie!!!), zostajesz pasożytem i musisz zapłacić podatek 780 złotych (niby z czego???). Do pasożytów trafiają nawet matki, które wychowują dzieci. Ale to jest temat dla innej rozmowy.

Więc otrzymałam ten «list szczęścia» od urzędu skarbowego i nie mogłam wjechać na Białoruś, bo już bym nie wyjechała. Trzeba było najpierw udowodnić, że nie jestem pasożytem, bo mieszkam w Polsce i tu płacę podatki. Dopiero kiedy po trzydziestu dni otrzymałam na maila odpowiedz, że zwolnili mnie z tego podatku. Kupiłam bilet do rodziców.

Ale są pewne powody do otrzymania statusu „zakaz wyjazdu”, których nie można pozbawić się. Więc zostają trasę przemytników. Jedna z takich nazywała się Trzy siostry – kiedy Rosja, Ukraina i Białoruś jeszcze cieszyły się przyjaźnią. Miedzy Białorusią i Ukrainą jest punkt kontroli granicznej i spisy osób, którym zabroniono wyjazdu. Miedzy Białorusią i Rosją nie ma żadnej granicy. Między Rosją i Ukrainą jest granica, ale nie ma spisów białoruskich przestępców.

Kanciarz i kombinator Walera utrzymywał rodzinę w niezwykły sposób. Raz na miesiąc wyruszał z Mińsku na białym mercedesie z kierowcom w stronę Ukrainy. Przy sobie miał torbę z banknotami różnych walut świata, podobnymi do euro. Na przykład, z dolarami australijskimi. Po drodze co godzinę zatrzymywał się na stancjach, w małych miasteczkach, na bazarach i w restauracjach. Na Białorusi proste ludzi nie bardzo się orientują, jak wyglądają euro. Od samej Pieriestrojki, ile pamiętam, oszczędności zbierane są w dolarach. Połowa Białorusinów nigdy nie wyjeżdżała do państw Schengen.

Więc Walera, drogo ubrany i z kobietą-kierowcą, nie budził wątpliwości. Płacił niby euro, ale faktycznie banknotami niższej wartości, a resztę otrzymywał białoruskimi rublami po kursie euro. Owszem, czasem trafiał na kogoś doświadczonego, wtedy trzeba było szybko odjeżdżać. Czasem zatrzymywano go i przeprowadzono do miejscowego posterunku milicji. Wtedy pasażerowie zaczynały się denerwować, proponować kierowcę zostawić Walerę i szybko odjechać, póki nie wpakowano ich w obce problemy.  Ale kierowca zawsze zostawała niewzruszona:

— Spokojne, Walera z nimi się dogaduję. Proszę zanotować pół godziny.

Faktycznie, maksymalnie za półgodziny Walera się pojawiał uśmiechnięty albo smutny – to zależało od tego, jaką łapówkę trzeba było oddać. Wyruszały w dalszą drogę.

Walera brał do auta maksymalnie dwóch pasażerów. Kiedy podjeżdżały do Trzech sióstr, pasażerowie wysiadały i piechotą przekraczały najpierw białorusko-rosyjska, a potem rosyjsko-ukraińską granicę. Walera jak dobru obywatel, nie pojawiający się w żadnych spisach granicznych, samochodem przejeżdżał przez białorusko-ukraińską granicę i czekał na nielegalnych uciekinierów. Potem spokojnie dowoził państwo do Lwowa, otrzymywał finansowe podziękowania i ruszał z powrotem. Pociąg ze Lwowa zabierał niegrzecznych Białorusinów do Polski.

Skąd o tym wiem?
Bo osobiście znam kilka osób, które podróżowały z Walerom.
Było to dawno, do wojny ukraińsko-rosyjskiej, i prawie wszyscy są już obywatelami Polski.
Podróżują swobodnie po całym świecie.

Dlaczego nie chcę odwiedzać ojca-szamana

Mój ojciec programuje rzeczywistość. Przynajmniej na mnie to działa – jak on coś tak mimochodem powie, to «coś» dokładnie trafia do mojej podświadomości. Ostatnio przyjeżdżałam do domu pól roku temu. Myśmy poszli na spacer wąską leśną ścieżką, ja z przodu, tata z tyłu. Pamiętam, że myślałam tylko o tym, jak kurwa można tak zaśmiecić las! No i opowiadałam jemu różne historie z mojego warszawskiego życia – łatwo mówić o trudnych rzeczach, kiedy nie patrzysz rozmówcę w oczy.

W każdej rodzinie jest dziwna osoba, czarna owca. Nie wiesz kto to w twojej rodzinie – znaczy to ty. Moje rodzeństwo trudno nazwać normalnym, każdy ma swoje osobliwości. Ale ja zdecydowanie mam najwięcej do ukrycia. Kiedy jednak potrzebuje rady, mogę liczyć na ojca. On będzie w szoku, ale przypomni sytuację ze swojej młodości, skojarzy i wejdzie w tryb psychoterapeuty.

   Szkoda tylko, że ten przebłysk trwa kilka-kilkanaście minut. Potem on się opamiętuję i całą swoją magiczną mocą stara się spakować mnie w swoje wyobrażenie pospolitości. Mówi wtedy o mnie w trzeciej osobie:

— Żyła na świecie małą śliczna kotka. Wyszła za mąż za dobrego człowieka i urodziła mu dziecko. (Znowu to męskie pozbawienie kobiety woli i świadomości swoich decyzji) Wtedy dobry mąż był tak wdzięczny, że dwa razy w roku zabierał żonę na wakacje do ciepłych krajów (zabierał, jak walizkę). I ona już nie musiała pracować, tylko siedzieć w domu i pisać swoje teksty (a no dziękuję, zawsze marzyłam o tym, żeby nie pracować i wegetować się z dzieckiem w mieszkaniu).

Ojciec chce mnie spakować do kartonowego pudła „Przeciętne szczęśliwe małżeństwo”, zakleić go dziećmi i już nigdy nie odczuwać strachu i odpowiedzialności za córkę. Dobrze go rozumiem. Ale poradzę sobie bez niego, przecież nawet nie dzwoni do mnie i nie piszę nigdy, spotykamy się tylko dwa razy na rok, kiedy przyjeżdżam w odwiedziny do ojczyzny. Plus nigdy nie byłam przeciętna, nawet kiedy bardzo chciałam.

— Ok, tato, ale wracamy do moich dewiacji. Czy zawsze życie musi być takie nudne, jeśli nie podążać za niegrzecznymi zachciankami?

Zrobił co mógł. Jednym zdaniem zniszczył moje obecne szczęście, ale dowiedziałam się o tym dopiero kiedy wróciłam do Warszawy. Z całej rozmowy pamiętam tylko ten przekaż do mojej podświadomości:
— Łódź wikingów odpłynęła w przeciwnym kierunku.
Faktycznie, po powrocie bardzo niespodziewane wiatr się zmienił i zostałam sama w parku Ujazdowskim, pełnym dzieci, hałasu i pospolitego polskiego szczęścia.

Kurwa.

Dziwne rozmowę zdarzają się na Walentynki

Walentynki… Z jednej strony lubię każde święto, zwłaszcza prezenty. Z drugiej mam wrażenie, że obejmuje cały świat. Że zawieram w sobie cały świat, ludzi, energie. Generalnie jestem przestrzenią
Ale wystarczy mistyki.
Wracamy do rzeczywistości.

Napisał do mnie dawny znajomy, którego nie widziałam pięć lat albo nawet więcej. Dzień dobry – dzień dobry. Jak się masz (My name a Borat).
— Los pomógł mi szybko i bezboleśnie rozstać się z niekochającą mnie żoną. Dziewczynie zupełnie odleciało – i Krszna szybko mnie od niej zbawił. Krszna jest zawsze genialny w swoich pomysłach.
What?! Jaki krwa Krszna?? Ale ok, słucham dalej.
— Wspólczuję.
— Nie trzeba mnie współczuć. Jestem od dziewięciu dni zakochany. Dziś mamy randkę.
— A co się stało z żoną?
— Uzależnili ją od mefedronu, zwerbowali do byccia kochanką… Uprzedzałem ją przecież!
Wtf, twoja kobieta jest człowiekiem albo krową Krszny? Ciekawe jak ona w ogóle czuła się w takim związku, gdzie nie byłam postrzegana jako osoba, która ma własną wolę do przyjęcia decyzji?
— Nic nie poradzisz, przecież ze wsi ją przywiózł.  
Naprawdę?? No to już totalna masakra. Każdemu ze stolicy wiadomo, że można wywieść dziewczynę ze wsi do miasta, ale wywieść wieś z dziewczyny nie da się w żaden sposób. Słucham dalej, szowinistyczny przyjacielu.
— Prawie się w Wisłę utopiłem.
— A kto ten jej kochanek?
— Taksówkarz! (Wiadomo, najgorzej 😀) Gruby, brzydki, rudy… Fuj!

Ach te grube taksówkarze! Kradną żonę inteligentnym artystom, i nic na to nie poradzisz. Takie życie, tętnie, idzie, siedem raz na tydzień 🙂

Po piętnastu minutach piszę na Facebook nieznajomy chłopak. Ma brodę i długie włosy, ułożone w modną fryzurę. Jeszcze chyba w szkołę się uczy:
— Zapraszam do mnie nawet dziś bądź jutro. Mam fajną przestrzeń do dyspozycji, proponuję świeżo wyciskany sok i otwartość!

Powiem wam, wiosna jest blisko.

Dorobiłam tatuaż.

15894319_10154893459163104_2965943085019338037_n

Krótki kurs szczęśliwego życia

Cześć!

 

ccb21a4274852c99011332d734ca7c83_original

Nazywam się  (sometimes) Hanna Chmielna.

To jest mój kolejny blog, tym razem po polsku.

Mieszkam w Warszawie od 2011 roku. Wielu się zmieniło, nie zdążyłam wszystkiego zapamiętać. Więc postanowiłam zapisywać najważniejsze, co przychodzi do głowy.

Mam 30 lat. Jestem piękna, wysoka, szczupła, kochająca… Nie wiem, czy to wszystko ma znaczenie, ale mam dobrą karmę i atrakcyjne warunki gry w życie. Zobaczymy, jak to wykorzystam.